: Dziennik pokładowy :
: 2003 :


: 2004 :

: 2005 :
: 2006 :
: 2007 :

w telegraficznym skrócie

Syn rośnie, to juz prawie 9 kg fantastycznego faceta, szkoda tylko, że wciąż bezzębnego.
Kolejna pełnia za nami - wszyscy przeżyli...
Fantastyczne wrażenia z późnowieczornej wizyty na cmentarzu w wigilię wszystkich świętych, pusto, cicho, trochę straszno, ale jakby łatwiej uwierzyć, że Ci, których tam złożono wciąż istnieją (przynajmniej w naszej pamięci)

uczę się, codziennie, rzeczy małych i Wielkich, chciałbym jeszcze umieć wykorzystywać te zdobyte doświadczenia :)
mlody-duchem 2009-11-02 22:35:22 skomentuj (3)

mały Mysz



mlody-duchem 2009-09-03 18:03:55 skomentuj (0)

z dnia na dzień
Młode rośnie w zastraszającym tempie, jeszcze niedawno mieściło się niemalże w dłoni, dzisiaj kilkunastominutowe noszenie na rękach potrafi przyprawić o ból pleców. A zmiany najmocniej widać w trakcie przeglądania zdjęć. Na tych pierwszych, zaraz po urodzeniu wygląda jak Obcy, a z każdym dniem coraz bardziej upodabnia się do małego ludzia, a może nawet do człowieka. Obcując z nim na co dzień tych zmian się nie zauważa, zmieniają się za to ubranka, co jakiś czas okazuje się, że te, do których już zdążyłem się przyzwyczaić i niektóre polubić bardziej niż inne, trzeba zamienić na większy rozmiar. Zmienia się też kolor opakowań pieluch (i kupując kolejną paczkę muszę pamiętać, że pomarańczowe są już za małe, że teraz te czerwono-bordowe).Najciekawsze jest to, że z każdym dniem wchodzę z nim w interakcje, coraz pełniejsze i głębsze. Zaczęło się od wodzenia wzrokiem za poruszanym przed nosem przedmiotem, potem było odwzajemnianie uśmiechów, dziś coraz częściej możemy sobie „podyskutować”, zaśmiewać się na głos, współdziałać przy zmianie pieluch („a teraz proszę podnieść pupę” i nogi z pupą suną do góry!), czy przy ubieraniu. Niesamowite są codzienne kąpiele – Młody bardzo lubi wodę i bardzo go cieszy, gdy ma możliwość „popływania” i ochlapania wszystkiego dookoła. A mnie niesamowicie cieszy, gdy widzę jego uśmiech i zadowolenie. Słuchamy też wspólnie muzyki, całkiem nieźle idzie z klasyczną, i to bardzo różną: Bach, Mozart, Beethoven, Dvořák, Chopin, Vivaldi… z rockiem bywa różnie, ale przy Led Zeppelin i Gilmourze bawiliśmy się świetnie, a niektóre kawałki King Crimson wywoływały cudowny uśmiech na buzi.
I tylko czasu jakby mniej dla siebie, ale nie żałuję
mlody-duchem 2009-07-20 11:53:29 skomentuj (2)

krótki urlop

Nie ma to jak męska wyprawa. Na przykład na żagle. Piwo leje się strumieniami, nikomu nigdzie się nie spieszy, nikt się niczym nie przejmuje, wszechogarniający nibybóg O’syf… Chyba wyrosłem. Pewne rzeczy zaczynają mi przeszkadzać (żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie), i nie jest to piwo.

Korzystając z okazji, i z błogosławieństwem Ukochanej, wybrałem się ze szwagrem i jego ekipą nad Jeziorak, na cztery dni. Towarzystwo jakby nie moje, średnia wieku ponad 10 lat niższa od mojego licznika, ale myślałem: co tam, przecież woda, wiatr, a może nawet słońce i w końcu to tylko cztery dni.

Droga minęła szybko i bezproblemowo, na miejscu okazało się, że dwie czekające na nas łódki zaskakują pozytywnie swoim stanem (jak na dwudziestokilkuletnie jachciki dumnej klasy El Bimbo). Po zakupach w pobliskiej galerii handlowej (sic!) i  wykupieniu zezwoleń na wędkarskie połowy szybko zaokrętowaliśmy się i wypłynęliśmy. Słonko grzało, wiaterek delikatnie dmuchał w żagle. Nie minęła godzina jak zdałem sobie sprawę z pominięcia jednej istotnej czynności – zapomnieliśmy wysmarować mordek i innych wystawionych na słoneczko części ciał. Piekący ból, zwłaszcza z okolic kolan i goleni potwierdzał moje przypuszczenia. Ale co tam, byliśmy przecież na krótkich, co prawda, ale wakacjach.

Po południu dopłynęliśmy do z góry upatrzonej zatoki. Udało mi się nakłonić załogę do sklarowania lin i żagli, ale na więcej tego dnia liczyć nie mogłem. Panowie z zapałem rzucili się na zapasy żywieniowe i zewsząd dochodził mnie zapaszek puszkowanych ryb w tomacie. I tak już do końca tego czterodniowego rejsu. Szprot, makrela i sardynka w pomidorach, o każdej porze dnia i nocy, bo puste brudne puszki w najlepszym razie lądowały w plastikowych workach na śmieci… fuj

Potem była długa i męcząca droga przez las do pobliskiej wioski na smażoną rybę i piwo. Kilka kilometrów w mokrych sandałach odcisnęło na stopach swoje ślady…

Następnego dnia pobudka o godzinie, której nie ma (i piszę to ja, który na szóstą do pracy czasami chadzam). To szwagier z kumplami na łódce obok próbowali odzyskać zainwestowane w zezwolenia na połów pieniądze. Udało im się, i to jak! Do smażenia był cały jeden okonek! Z uwagi na bliskość (!) wioski ze smażalnią i udane (!) połowy towarzystwo stwierdziło, ze zostajemy w zatoczce cały następny dzień, a ponieważ wiatr pognał gwizdać gdzie indziej to nie sprzeciwiałem się zbytnio.

Trzeciego dnia wiało jeszcze lepiej, to znaczy wcale nie wiało, mimo to ruszyliśmy z mocnym postanowieniem dożeglowania w okolice kolejnej wioski ze smażalniami i piwem. Po kilku godzinach prób i przepłynięciu jakichś dwóch kilometrów znaleźliśmy taką zatoczkę, tym razem na drugim brzegu jeziora. Do wioski było zdecydowanie bliżej, a i knajpy jakby sympatyczniejsze :).  Ale przed wyruszeniem starsi stażem żeglarze przygotowali dla zupełnych szczurów lądowych chrzest „morski”, był Neptun z trójzębem (ale bez Prozerpiny), zadania trudne i trudniejsze i do wypicia nektar specjalny (jak dla mnie trochę za dobry, może to przez dodanie moich piri piri, które przyćmiły inne smaki)…

Do Iławy następnego dnia udało się dopłynąć na żaglach, pomimo ulewy i późniejszej zupełnej ciszy, i całe szczęście, bo numer telefonu do gościa, który mógłby nas ściągnąć do portu,  będący w dyspozycji szwagra się był zagubił.

Wróciliśmy do domów koło północy, niektórzy mieli jeszcze parę dni urlopu, ja musiałem następnego dnia na szóstą stawić się w pracy.

Podsumowując, było całkiem miło, aczkolwiek towarzystwo dwudziestokilkulatków potrzebujących instrukcji i poleceń do zrobienia wszystkiego poza otwieraniem puszek z sardynkami i ogólnego bajzlu trochę męczy.

RTG żeber nie wykazał zmian (po upadku plecami na kłodę przy próbie dostania się na łódkę), zamoczony telefon służbowy nadal tkwi w serwisie, może uda się go uratować, ale wielkich nadziei nie ma, skóra z przedramion schodzi płatami do dziś (czyli po tygodniu), i okazało się, że moja piękna czerwona strzała spala na trasie połowę(!) tego co w ruchu miejskim.


mlody-duchem 2009-07-16 14:52:16 skomentuj (1)






SZOTY, FAŁY, SZNURKI, KRAWATY
jednym słowem LINKI przeróżne


{ amparo } { deep }
{ bajka } { kulka na równoważni }
{ pe(c:)ha } { just } { małgośka }
{ alty } { kata } { far }
{ hal } { wamp }
{ ptak } { dodo } { czmw }
{ biko } { pozaczasem }
{ majsan } { alicja } { nie znika }
{ lu } { awia }
{ palinkaaa } { słowa } { tasso }
{ gro } { wróżka } { liskaa }
{ oddzial wlodzi } { t. } { joanna-pestka }
{ cyntya }


zabaweczki
SPRAWDZ kiedy umrzesz
2 wheels
kociaki
krutkie gacie



















design by Majsan:)))      














statystyki www stat.pl